Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tipton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tipton. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 lipca 2013

Something borrowed, something blue


Zatraciłam gdzieś czas. Dni przemijają bardzo szybko. Znowu to uczucie "o-znowu-jest-weekend". A życie nadal stoi w miejscu.
Opuściłam brzydki Tipton, zamieszkałam w Coventry. To nadal nie Londyn, ale przynajmniej mieszkam w miejscu, gdzie jest szansa kupić wino o 1 w nocy. Dookoła pełno Polaków, czasami mam wrażenie, iż jestem w domu, bo co trochę słyszę polskie przekleństwa. Być może to i sprawka Polaków, że monopolowy jest całodobowy i nawet Tesco zamykają wcześniej (ponoć też 24h, ale wczoraj sprawdziłyśmy - było zamknięte).
Nie sądziłam, że przeprowadzka sprawi, że poczuję się tak, cobym dopiero przyleciała do Anglii. Od dwóch tygodni szukam pracy; wysłałam, rozniosłam więcej CV niż w całym swoim życiu, odwiedziłam parę agencji i otrzymałam tylko JEDEN telefon. Pan, sympatyczny z głosu, przeprowadził ze mną krótkie interview przez telefon, po czym poinformował mnie, że przekazuje moje CV do szefa. Czyli mam rozumieć, że dostanę tę pracę?
Jeśli chodzi o internetowe aplikacje, to niech ich piorun trzaśnie. Zanim zaaplikujesz swoje CV, musisz mieć w zapasie ok. 20-40 minut, dostaniesz 20 pytań typu "co byś zrobił?", jednakże odpowiedzi są już podane - Twoim zadaniem jest wybrać tą, która zadowoli ich najbardziej. Jeśli zadowolisz ich swoimi odpowiedziami, być może wezmą pod uwagę Twoje CV, bądź zaproszą na interview, ale nie nastawiaj się na to. Nie masz doświadczenia? Zapomnij.
Pracowałam 2,5 roku w telemarketingu, w kilku różnych firmach. Znam doskonale badanie potrzeb klienta, moje umiejętności interpersonalne są wspaniałe, ale mimo to, nie nadaję się do pracy w kawiarni czy restauracji, bo nigdy tam nie pracowałam. I tyle mi po moim doświadczeniu z klientem.
Rozumiem, że tutaj jest dużo różnych kultur, że ciągle ktoś przyjeżdża w pogoni za pracą, dobrym życiem i zaczyna brakować miejsc pracy, ale bez przesady.

Drodzy pracodawcy, wyjdźcie z ukrycia!

wtorek, 14 maja 2013

A few brighter days.

Szczyciłam się piękną pogodą przez kilka dni. Nawet załapałam cień opalenizny na mojej skórze. Niestety, jak to w Anglii bywa, słońce zawsze jest na chwilę, opady wiecznie. Dobrze, niech sobie pada. Ale poprosiłabym o chwilę przerwy, bo niemiło jest wracać przemokniętym do domu, a i wszystko milsze i ładniejsze, kiedy jest oświetlane przez promyki słońca.
Od paru dni pogoda jest straszna. Brakuje tylko silnego wiatru i gradu, i może jeszcze niższej temperatury. Sprawia to, że mam ochotę spakować manatki i polecieć do Polski - w tym tygodniu temperatury mają przekroczyć grubo ponad 20 stopni.
Niestety poczekam sobie. Jeszcze bardzo długo. Chciałabym, aby praca unormowała się. Męczy mnie codziennie liczenie grosza, odmawianie wszystkiego. Mam ochotę na nowe miejsca, chciałabym pojechać nad morze i w góry. Marzy mi się znowu Francja. Cierpliwości, potrzeba mi cierpliwości. Więcej.








środa, 10 kwietnia 2013

Oh, spring time


Jest wiosna, ciepło, miło. Tylko dookoła nie widzę, żeby coś rozkwitało (z wyjątkiem trzech krokusów, które znalazłam w niedzielę na naszym gardenie). Trawa nadal ma barwę szarej zieleni, drzewa nie pachną i ten pan jeździ swym kolorowym samochodem, kręci się pod naszymi oknami, puszczając denerwującą muzyczkę, która rzekomo ma zachwycić nas, mieszkańców brzydkiego Tiptonu i cia... tzn. Azjatolandii (gdzie tam, rasistką nie jestem), do kupna pysznych lodów, na które mnie nie stać. Praca nijaka, to i zarobki nijakie. Proste równanie.
Tylko kombinujemy, jak się wynieść, jak ułożyć sobie życie na nowo, bo w małym mieście nie ma perspektyw. W Birmingham szukać pracy nie możesz, bo powiedzą "nie dojedziesz do pracy/będziesz mieć problem z transportem". Więc poniżasz się, pracujesz, przyjmujesz na siebie wszystko, połykasz dumę. Ano, trzeba zarobić na nowy dom, odłożyć na przeprowadzkę. Pozostaje odhaczanie dni w kalendarzu i pogoda ducha.
Najbardziej doskwiera mi fakt, że za bardzo nie mogę się ruszyć gdzieś poza miejsce zamieszkania, a tak bardzo chciałabym pobiegać z aparatem, poszukać piękna w tej Anglii. Jeszcze bardziej chciałabym do swojego domu, a najlepiej mojego psa. Bo przechodząc w sklepie obok półek z psią karmą, wzruszam się (tak, tak..). Śni mi się po nocach, że wita mnie, potem razem śpimy; idziemy na spacer, kiedy zapada wieczór. Myślałam nad tym, aby przywieźć ją tutaj, ale co jeśli bidula nie przeżyje podróży, ba, nawet odprawy może nie przeżyć. A gdyby nawet, to gdzie będziemy spacerować? Tak swobodnie, żeby wylatała się bez smyczy? To takie bez sensu. Mieć psa w Anglii.
A, i chciałabym mojego analoga z powrotem. Trochę stęskniliśmy się za sobą. Głupia, bo zostawiłam go w Polszy.

piątek, 1 lutego 2013

The moments, part 1

Naprawdę nie wiem, jakim cudem styczeń tak szybko minął. Odnoszę wrażenie, że czas płynie coraz szybciej. 2013 rozpoczął się dobrze, ale ten miesiąc zakończył się złamanym sercem i urodzinami, które miały wyglądać zupełnie inaczej (aczkolwiek, podobno jestem winna sama sobie).

Jeden z lepszych dni w moim życiu, kapelusz ukradłam jemu ;)
\

czwartek, 3 stycznia 2013

First blank page, second written page.

Za tydzień i dwa dni będzie równy miesiąc. W ostatnim czasie trochę się wydarzyło. Najważniejsza była przeprowadzka do kumpeli, którą znam od 14 lat, i była to najlepsza rzecz, jaką mogłam zrobić. Trafiłam na wspaniałych ludzi, z którymi każdy dzień jest pełen uśmiechu i mam pewność, że zawsze mi pomogą ;) Jedyną wadą mieszkania z nimi jest fakt, że polubiłam granie na playstation czy w inne dziwne gry komputerowe!
Po paru dniach odkryłam, że znajduje się koło nas park, do którego dotarcie zajmuje dosłownie dwie minuty. Wybrałam się na spacer w deszczu (pomału zapominam, jak wygląda piękny słoneczny dzień, ponieważ nawet, kiedy świeci słońce, pada deszcz), który po paru minutach zamienił się w ulewę. W parku znajduje się niewielkie jezioro.



Po chwili "napadło" mnie stado innych ptaków. Przez moment myślałam, że zrobią mi krzywdę, ale okazało się, że są miłe i były ciekawe mojej osoby (z kolei koleżanka twierdzi, że te ptaki są niemiłe, ponieważ dziobią w pupę ;)).





Na koniec mojego krótkiego spaceru, udało mi się uchwycić wiewiórkę, która zdawała się pozować do zdjęć. Zatrzymywała się za każdym razem, kiedy próbowałam zrobić jej zdjęcie.